Mrówka obdarowana!

W komentarzach do poprzedniej notki pojawił się taki oto komentarz:

„A czy Mrówka już zakończyła wędrowne zbieranie darów jesieni i układanie ich w kopcu? Ciekawe w czym przechowuje cebulę, orzechy, kasztany… ? Czy ma na wyposażeniu spiżarni worki, mieszki i sakiewki?”

Hmmm… Trochę tak „ni z gruszki – ni z pietruszki” ale skoro rzecz dotyczy spiżarni to ja zawsze przyjmuję wszystkie uwagi z należną powagą i uprzejmie odpowiadam, że zapasy już się kurczą. Cóż, z biegiem dni jesiennych… Słoiki pustoszeją.

100_8311

Sprawa wyjaśniła się błyskawicznie bowiem już wieczorkiem zapukał do drzwi /spiżarni oczywiście/ pewien „pan z hipotetyczną brodą” /w rzeczywistości młodziutki i gładkolicy/ i za potwierdzeniem palcem na tabliczce /och, co za pomysł!/ dał mi paczkę. A w niej… Ubranka dla słoików i słoiczków, wspomniane w tajemniczym komentarzu sakiewki i mieszki cudną nitką misternie wydziergane. O tak!

100_8534

100_8539

Klik, klik, klik hurra! Mrówka cudne mieszki i woreczki do spiżarni ma!

Cooo?  Takie cudności to na królewski stół dawać trzeba!

Tak, tak, tak!

 

 

 

Reklamy

Ostatnia tej jesieni wędróweczka

        Tytuł tekstu usprawiedliwia fakt, że trudno było mi nazwać wędrówką lub niewielką nawet podróżą wyprawę typu „cztery mile za piec” czyli tuż poza granicę rodzimego miasta.

Tak mi się przydarzyło w bardzo pogodną, październikową sobotę, po południu. Nie da się wysiedzieć w domu gdy jesienne słoneczko zawoła więc posługując się słowami nostalgicznej piosenki zapytałam:   „ A może byśmy tak najmilszy, wpadli na…” chwilkę do Myślenic?

No to hop i siup! Po kilkunastu minutach jazdy jestem w miasteczku, które już od dawna chciałam odwiedzić. Dotąd jakoś nie było okazji bo Myślenice z powodu swego położenia wciąż mijane są w pośpiechu. Na wypoczynkowy przystanek w drodze na południe, tam gdzie góry – za wcześnie. W drodze powrotnej zazwyczaj jest za późno bo do domu już tylko przysłowiowy rzut beretem i żal zjechać z wygodnej dwupasmowej drogi. Miasteczko ma więc u mnie swoistego pecha z powodu geograficznej bliskości choć pozostaje w życzliwej pamięci od lat wielu jako wspomnienie śniadaniowego przysmaku z dzieciństwa. Chodzi o nabiałowy specjał o nazwie Serek Myślenicki, który był świetnie przyprawionym twarożkiem o lekko słonym i mocno śmietankowym smaku. Serek sprzedawano w formie małych osełek zawijanych w mokry od serwatki papier z wydrukowaną na niebiesko nazwą i opisem produktu. Widzę ten spożywczy hit we wspomnieniu jak na obrazku i przełykam ślinę… Ach, co to był za ser!

 Prawdą jest, że „przez żołądek do serca” najpewniej jest trafić i już tam pozostać. Hi, hi, hi…

        Oto więc jestem w Myślenicach, mieście znanym obecnie już nie z powodu sera, ale jako popularnego miejsca do plażowania na rzeką Rabą. Jesień to nie pora na kąpiele wodne więc wizytuję „na sucho” ścisłe centrum miasta.

100_8492

100_8488

100_8489

100_8491

100_8498

100_8497

100_8499

        Niewiele tego wizytowania. Siadam zatem pokornie wśród gołębi i kontempluję, staram się wczuć w atmosferę miejsca, chłonąć jego aurę, doszukać się romantyzmu lub jakiejś nutki sentymentu… Chłonę i chłonę, wytężam wrażliwość, ale… Aury nie wyczuwam, romantyzmu za grosz. Nic, a nic. Gołębie gapią się na mnie raczej głupio, drepczą nerwowo rozczarowane brakiem poczęstunku i po gołębiemu gruchają: „Po coś tu przyszła? Nie dość ci krakowskich gołębi, ty centusiu?”  Albo coś w tym stylu.

Hmm… Skoro zauroczenia brak i ptactwo tu na mnie sarka – z sentymentów pozostaje tylko starodawny ser.

       100_8502 Ale co to? Opuszczając Myślenice odnajduję optymistyczny akcent.  Jest Nadzieja! To cóż, że w tak niespodziewanym miejscu? Nadzieja to nadzieja. Zapewne jakaś moc w tym mieście jest i być może trzeba w nim rozsmakować. Koniecznie wrócę. Może wiosną? Pa!

 

Logo blogspotowetekst też tu

Już koniec lata?

        Buuuu… Wrrr… Tup, tup, tup! Nie pomoże przypomniane z dzieciństwa tupanie nogami, płacz i złość – to naprawdę koniec jasnego i kolorowego lata. Na zakończenie sezonu oraz w ramach mojego prywatnego projektu „Lato w mieście” pokażę jeszcze jedną, dostępną na obrzeżach miasta, plażę z całkiem sporym kompleksem rekreacyjnym dla ludności.

        100_8154Ośrodek Sportu i Rekreacji Kolna położony jest nad Wisłą, w odcineczku między Krakowem a Tyńcem w sąsiedztwie spiętrzenia wody zwanym Stopniem Kościuszko i jego małą elektrownią wodną. Ośrodek doskonale widoczny jest z autostrady A4 przy węźle Tynieckim. Centralnym i najważniejszym obiektem jest tu tor kajakarstwa górskiego, na którym prowadzi się regularne szkolenie sportowców oraz rozgrywa różne ważne w kraju i na świecie kajakowe zawody sportowe.

100_8157

Jest tu kompleks hotelowo gastronomiczny, hale sportowe do uprawiania sportów halowych i fitnessów, a także całkiem duży basen z namiastką atrakcji parków wodnych. Zostawmy jednak te rodzaje aktywności bowiem słonecznym latem interesuje mnie najbardziej miejsce do kąpieli słonecznych, beztroskiego leżenia brzuchem do góry, wpatrywania się w niebo i rozważań o niebieskich migdałach. No i jest! Jest „ośla łączka” w sam raz na takie okazje. Tłoku nie ma! W to mi graj!

100_8384

Tu zdobędę swój miejski brąz bezstresowo, bezpiecznie, oglądając niespieszny jak na Kraków przystało  wiślany transport: Barki, Stateczki wycieczkowe, kajaki, pontony, a czasem nawet szybkie motorówki i skutery wodne. Czasem, obracając się wolno na kolejny bok, obdarzę wzrokiem górujący w okolicy Klasztor na Bielanach albo pogmeram w trawie w poszukiwaniu czterolistnej koniczynki. Och, jak miłe jest takie trawnikowe lenistwo!

100_8155

100_8161

100_8163

A gdy zechcę zadumać się i pokontemplować naturę z gracją pokonuję wzniesienie wiślanego wału i sadowię się na brzegu starego koryta rzeki.

100_8153

100_8181

100_1849

Aż się chce zapytać: „Lustereczko powiedz przecie kto jest naj… ? No dobrze, niech będzie klasycznie: Najpiękniejszy w świecie?”

Wiślane lustereczko taktownie milczy.

Logo blogspotowe tu też te Wiślane zakątki