Zimowe pstryk, pstryk!

Dla Druha Mirka z ciepłym pozdrowieniem i serdeczną myślą oraz podziękowaniem za nieustającą pamięć 🙂

        Pstrykać trzeba szybko, zanim śnieg stopnieje. Chlap, chlap! Ruszam dzielnie w miejskie, świeżo posolone, śnieżne błoto!  Zatrzymać zimowe obrazki! Raz jeszcze ucieszyć oczy świąteczną dekoracją! Kto wie kiedy znowu spadnie taki śnieg co zaciapie na mokro obiektyw i przemoczy obuwie fotografa?

Droga prowadząca do centrum miasta wygląda mało miejsko, ale w tym tkwi jej zaleta:)

100_8633

A to już całkiem miejski pejzaż w białej, puszystej szatce

100_8634

100_8636

100_8639

100_8641

100_8642

100_8643

Aj, aj… Ciemno się robi, zmrok zapada. W butach chlupie i „już do odwrotu głos trąbki wzywa” …

100_8645

100_8650

100_8651

100_8652

100_8657

100_8658

A nazajutrz… Spadł deszcz i zmył do zera cały ten biały puch. Buty schną do dziś:)

Czuwaj, Druhu Mirku!

Logo blogspotowetekst i zdjęcia też są w Koszyku

komentarze na blogu głównym

Reklamy

Mrówka obdarowana!

W komentarzach do poprzedniej notki pojawił się taki oto komentarz:

„A czy Mrówka już zakończyła wędrowne zbieranie darów jesieni i układanie ich w kopcu? Ciekawe w czym przechowuje cebulę, orzechy, kasztany… ? Czy ma na wyposażeniu spiżarni worki, mieszki i sakiewki?”

Hmmm… Trochę tak „ni z gruszki – ni z pietruszki” ale skoro rzecz dotyczy spiżarni to ja zawsze przyjmuję wszystkie uwagi z należną powagą i uprzejmie odpowiadam, że zapasy już się kurczą. Cóż, z biegiem dni jesiennych… Słoiki pustoszeją.

100_8311

Sprawa wyjaśniła się błyskawicznie bowiem już wieczorkiem zapukał do drzwi /spiżarni oczywiście/ pewien „pan z hipotetyczną brodą” /w rzeczywistości młodziutki i gładkolicy/ i za potwierdzeniem palcem na tabliczce /och, co za pomysł!/ dał mi paczkę. A w niej… Ubranka dla słoików i słoiczków, wspomniane w tajemniczym komentarzu sakiewki i mieszki cudną nitką misternie wydziergane. O tak!

100_8534

100_8539

Klik, klik, klik hurra! Mrówka cudne mieszki i woreczki do spiżarni ma!

Cooo?  Takie cudności to na królewski stół dawać trzeba!

Tak, tak, tak!

 

 

 

Ostatnia tej jesieni wędróweczka

        Tytuł tekstu usprawiedliwia fakt, że trudno było mi nazwać wędrówką lub niewielką nawet podróżą wyprawę typu „cztery mile za piec” czyli tuż poza granicę rodzimego miasta.

Tak mi się przydarzyło w bardzo pogodną, październikową sobotę, po południu. Nie da się wysiedzieć w domu gdy jesienne słoneczko zawoła więc posługując się słowami nostalgicznej piosenki zapytałam:   „ A może byśmy tak najmilszy, wpadli na…” chwilkę do Myślenic?

No to hop i siup! Po kilkunastu minutach jazdy jestem w miasteczku, które już od dawna chciałam odwiedzić. Dotąd jakoś nie było okazji bo Myślenice z powodu swego położenia wciąż mijane są w pośpiechu. Na wypoczynkowy przystanek w drodze na południe, tam gdzie góry – za wcześnie. W drodze powrotnej zazwyczaj jest za późno bo do domu już tylko przysłowiowy rzut beretem i żal zjechać z wygodnej dwupasmowej drogi. Miasteczko ma więc u mnie swoistego pecha z powodu geograficznej bliskości choć pozostaje w życzliwej pamięci od lat wielu jako wspomnienie śniadaniowego przysmaku z dzieciństwa. Chodzi o nabiałowy specjał o nazwie Serek Myślenicki, który był świetnie przyprawionym twarożkiem o lekko słonym i mocno śmietankowym smaku. Serek sprzedawano w formie małych osełek zawijanych w mokry od serwatki papier z wydrukowaną na niebiesko nazwą i opisem produktu. Widzę ten spożywczy hit we wspomnieniu jak na obrazku i przełykam ślinę… Ach, co to był za ser!

 Prawdą jest, że „przez żołądek do serca” najpewniej jest trafić i już tam pozostać. Hi, hi, hi…

        Oto więc jestem w Myślenicach, mieście znanym obecnie już nie z powodu sera, ale jako popularnego miejsca do plażowania na rzeką Rabą. Jesień to nie pora na kąpiele wodne więc wizytuję „na sucho” ścisłe centrum miasta.

100_8492

100_8488

100_8489

100_8491

100_8498

100_8497

100_8499

        Niewiele tego wizytowania. Siadam zatem pokornie wśród gołębi i kontempluję, staram się wczuć w atmosferę miejsca, chłonąć jego aurę, doszukać się romantyzmu lub jakiejś nutki sentymentu… Chłonę i chłonę, wytężam wrażliwość, ale… Aury nie wyczuwam, romantyzmu za grosz. Nic, a nic. Gołębie gapią się na mnie raczej głupio, drepczą nerwowo rozczarowane brakiem poczęstunku i po gołębiemu gruchają: „Po coś tu przyszła? Nie dość ci krakowskich gołębi, ty centusiu?”  Albo coś w tym stylu.

Hmm… Skoro zauroczenia brak i ptactwo tu na mnie sarka – z sentymentów pozostaje tylko starodawny ser.

       100_8502 Ale co to? Opuszczając Myślenice odnajduję optymistyczny akcent.  Jest Nadzieja! To cóż, że w tak niespodziewanym miejscu? Nadzieja to nadzieja. Zapewne jakaś moc w tym mieście jest i być może trzeba w nim rozsmakować. Koniecznie wrócę. Może wiosną? Pa!

 

Logo blogspotowetekst też tu