Angielskie, wielkie żarcie

Powszechnie krąży opinia, że angielska kuchnia jest najgorsza na świecie. No, przynajmniej w Europie to na pewno. Kto to powiedział, kiedy i dlaczego? Kto wie? Gdzie on jest, ten Kulinarny Oszczerca?

        Uroczyście oświadczam, że przez cały okres pobytu na Wyspie nie dostałam do jedzenia nic, absolutnie nic, niedobrego. Wręcz przeciwnie! Same smakołyki! Fałsz w złej opinii o angielskim jedzeniu postaram się teraz udowodnić.

        Zaczynam od tradycyjnego angielskiego śniadania.

Jadłospis śniadaniowy brytyjskiej rodziny znałam z opisów wyczytanych w szkolnych podręcznikach do nauki języka angielskiego z czasów Liceum. Och jak dawno… Podręcznikowa  statystyczna rodzina Smith /mama, tata oraz ich dzieci: Peter i Susan/ rankiem posilała się owsianką, płatkami kukurydzianymi oraz jajkami na bekonie. Czasem na stole pojawiały się kiełbaski… Tyle stara, podręcznikowa teoria. A współczesna rzeczywistość? Reklama w restauracji zaprasza: „Angielskie śniadanie podajemy od rana do wieczora”! Dziwne? Otóż nie, bowiem zestaw śniadaniowy w tym wydaniu może równie dobrze stanowić posiłek główny na obiad lub dość ciężką kolację. Na śniadaniowym talerzu znajdziemy smakowicie wysmażone i chrupiące płaty bekonu, obowiązkowo dwa jajka sadzone, smażoną kiełbaskę, fasolkę w pomidorowym sosie lub /jak na zdjęciu/ pieczone pomidory oraz /lecz nie obowiązkowo/ smażone w głębokim tłuszczu tosty. Trudno nazwać ten posiłek lekkim i dietetycznym. Z talerza wprost parują setki tłustych kalorii, ale smakują wybornie. Po takim śniadaniu spokojnie można przeżyć bez głodu, aż do późnego obiadu. Drobniejszym paniom polecam zamawianie zredukowanej do połowy porcji dziecinnej. Angielskie śniadanie przyrządzone samodzielnie  jeszcze bardziej zyskuje na smaku i roztacza smakowity zapach w całym domu.

        W porze lunchu /tu śmiało używam tej angielskiej nazwy – wszak w Anglii jestem!/ szukam raczej chłodnego napoju niż posiłku, ale wzrok przykuwają półmichy pełne pieczonego mięsiwa wystawione na pokuszenie. Czego tu nie ma! Ogromne kawały zachęcająco wyglądającej pieczeni wieprzowej, baraniej i indyczej a obok stosy bardzo popularnych tu kiełbasek. Ślinka leci… Na domiar złego za chwilę zatrzymuję się przed witryną sklepu z takimi kiełbaskami. Reklama woła, że sprzedają tu „Fantastyczne kiełbaski”!  Ooooo… Właściciel sklepu i producent  to nie jest zwykły masarz, to artysta! Wymyśla własne, bardzo oryginalne receptury i każdej z kiełbasek nadaje nazwę, a także opisuje literacką historyjką lub wierszem! Czasem ukazuje się osobiście przed wystawą i częstuje przechodniów swymi wyrobami. Smakują wyśmienicie. Ja nazwałam ten sklep po swojemu: „Magiczne Kiełbaski z Duszą”… Brawo, angielski masarzu, za smak i artyzm w wykonywaniu swojego zawodu!

        Pora na sztandarowe danie główne. Fish and chips czyli ryba z frytkami. Niezwykle popularny zestaw dostępny w każdej knajpce, barze i w plażowych smażalniach. W miastach nieco odległych od plaż także. Zresztą obecność ryb w jadłospisie nie powinna dziwić bo tu mało jest miejsc odległych od morza. Wyspa! No i bardzo dobrze, bo to danie jest pyszne. Świeżutka, spora ryba smażona w otoczce z ciasta. Podobno najlepiej smakuje gdy sprzedawca owija rybkę w gazetę, a frytki pakuje do papierowej tutki. Hi, hi, hi… To już przeszłość, teraz pakują jedzenie w kartonowe lub styropianowe pudełka. Koniecznie z przykrywką dla ochrony przed żarłocznymi mewami. Wyjmujesz frytkę i natychmiast: klap! Zamykasz pudełko  przykrywką jeśli chcesz zjeść danie w całości. Do ryby i frytek dostać można purre z zielonego groszku zapieczone w kuli naleśnikowego ciasta. Rewelacja! Ale znów radzę, aby porcją /jest ogromna/ podzielić się z przyjaciółką.

        Mamy jeszcze miejsce na deser? Musowo trzeba spróbować angielskiego puddingu. Nie będę czytelników katować angielską nazwą tego słodkiego dania,  ale opiszę jego skład: rozpieczone jabłka lub wiśnie z kawałkiem chrupiącego ciasta polane budyniowym kremem o zapachu wanilii. Czy to może być niesmaczne? Nie może i nie jest. Mniam, mniam… Nie, tym się nie podzielę z nikim! Natomiast odstąpię chętnie kawałek lokalnego słodkiego przysmaku, którym jest lekko ciepłe ciasto podawane ze śmietanowym kremem o konsystencji masła oraz konfiturą. Porcja wielka i pomimo jej smakowitości oraz pięknych okoliczności przyrody nad samym brzegiem morza, nie daję rady. Przyjaciółka musi pomóc!

        Opisane tu moje kulinarne doświadczenia z Wyspy uzasadniają chyba tytuł notki oraz są podstawą do obalenia mitu o wstrętnej i niejadalnej angielskiej kuchni. Czy ktoś zaprzeczy?

Reklamy

6 myśli na temat “Angielskie, wielkie żarcie

    1. Teekanne, to nie jest takie oczywiste jak myślimy. Herbata nie jest tak popularna jak głosi stereotyp. Tam gdzie gościłam byłam jedyną osobą pijącą herbatę:))) Zapewne w innych rodzinach jest inaczej ale w tekście opisałam to co widziałam, a tam herbaty nie było… Five o’clock to już chyba przeżytek

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s