Wirtualny pomnik blogerki Halnej

Odsłonięcie Bloga – Pomnika Halnej

Ku ocaleniu – import bloga „halna – z życia seniorki” z platformy Onet.pl.

Onet zamyka już wkrótce blogowe podwoje. Kto może i chce zachować swe wirtualne życie ucieka precz! A osamotniony wirtualny kącik zmarłej w 2015 roku najstarszej polskiej blogerki, 94 – letniej „Babci Halnej” ma być skazany na kasację? Wymazanie z onetowych serwerów? Taki ewenement na skalę… Aż, nie wiem jaką?

Nigdy!

Blog został, za aprobatą dotychczasowego administratora, importowany w bezpieczne miejsce. Odrestaurowany, zakonserwowany i wyczyszczony do błysku  z onetowych linków i adresów stoi jako wirtualny obelisk ku wiecznej pamięci  jego niezwykłej autorki.

Oto blogowy pomnik zacnej blogerki seniorki – Babci Halnej:

PROFIL. kwiat tulipanowca      https://bloghalnej.wordpress.com/

Pomnik wyklikany przez młodsze koleżanki zafascynowane postacią  tej niezwykłej kobiety, która pokonując ograniczenia swojego  wieku stała się przykładem, jak emanować pogodą ducha, dotrzymać kroku nowoczesności i zachować intelektualną aktywność służąc czytelnikom swoim życiowym doświadczeniem. Halna była dla nas, jak walczące o życiową przestrzeń, po inżyniersku silne drzewo, które w miarę potrzeb skruszy beton a wiosną rozkwitnie najpiękniej, jak potrafi.  To drzewo to Tulipanowiec o ‘myślących’ korzeniach, dzielący się swoim życiowym pokarmem z innymi, potrzebującymi i słabszymi.

Taka była dla nas Halna. Cześć jej pamięci!

Dziękujemy platformie blogowej Onet za wsparcie w imporcie bloga Halnej. Dzięki temu pozostanie w przestrzeni internetowej.

Elaelgry  i Bet

 

Widziałam…

Widziałam perłę turystyczną i opisywaną w przewodnikach jako rajską – grecką wyspę Kos. Widziałam zbyt mały jej skraweczek, aby ową perłową rajskość wyspy potwierdzić. Lazurowe morze, prawdziwie głęboko błękitne niebo i łopocząca na wietrze biało niebieska flaga robią wrażenie ale…

        Widziałam zatłoczoną do niemożliwości wąziutką, kamienistą, plażę taką co to „leżak przy leżaku, człowiek przy człowieku”. Chyba nawet oddychać było im trudno więc leżeli nieruchomo jak sardynki na grillu. Wystawieni na obserwację klientów restauracji rybno – piwnej, którą urządzono na podwyższonym tarasie wprost na plaży. Dobrze, że większość komentarzy podchmielonych biesiadników wygłaszana była w niezrozumiałym języku. Ale nie to było najgorsze…

        Widziałam nieprzebrany tłum nielegalnych imigrantów z Syrii koczujących wzdłuż promenady, suszących odzienie na balustradach i barierkach chroniących trawniki, uliczne schodki i przejścia. Grupki ciemnoskórych osób  pojadających coś tam z zatłuszczonych papierowych torebek. Dość spokojny lecz gęsty tłumek imigrantów  u wejścia do miejskich urzędów.

Widziałam smutne i pełne beznadziei oczy syryjskich kobiet z niemowlętami u piersi oraz otumanionych zmęczeniem młodych mężczyzn snujących się bez celu po uliczkach. Widziałam miasteczko namiotów w parku i na skwerku przy skrzyżowaniu ulic.

 Widziałam szczątki pontonu porzuconego na plaży i miałam nadzieję, że został zniszczony już na brzegu, że jego pasażerowie żyją.

        Widziałam zaśmiecone do granic możliwości miejskie trawniki oraz publiczne plaże, gdzie walają się kamizelki ratunkowe, szczątki pontonów, puste butelki i puszki po napojach, porzucone odzienie i tobołki, płachty zmiętej i mokrej tektury.

        Czułam upokarzający smród ludzkich odchodów dobywający się z tych miejskich, dzikich koczowisk. Widziałam pracowników służby porządkowej, którzy w maskami ochronnych na twarzach usiłowali sprzątać park oraz miejsce gdzie wśród ruin antycznych budowli rośnie wielowiekowe drzewo Hipokratesa.

        Widziałam przyjazne gesty miejscowych Greków skierowane do smutnych imigrantów. Usłyszałam szczere i wielokrotne podziękowania syryjskiego chłopaka obdarowanego jedną morelą…

        Słyszałam słowa zabarwione rozczarowaniem jednego z imigrantów, który dostał zezwolenie na wyjazd do Holandii: „Bo tam przecież zimno, a tu w Grecji dla nas klimat lepszy”.

        Następnego dnia, po mojej w Kos wizytacji, wybuchły tam zamieszki pomiędzy imigrantami a policją. Bo zniecierpliwieni, bo miejsce pobytu wyznaczone na tutejszym stadionie zbyt nasłonecznione, bo rejestracja i sprawy urzędowe postępują powoli bo… bo… bo…

        No i nie wiem co mam myśleć. Żałować ich i współczuć? Złościć się i denerwować na kontrowersyjne zachowania? Winić policjantów i sprzątaczy za radykalne działania porządkowe a urzędników za opieszałość? Ha, oto jest pytanie.    Doświadczyłam tego, że problem nielegalnych imigrantów nabiera całkiem innego wymiaru gdy zetknąć się z nim osobiście i realnie. Doniesienia mediów można zignorować, pokiwać głową i zapomnieć. Widząc sponiewieranych ludzi i bezradnych gospodarzy okupowanych przez imigrantów krajów już nie tak łatwo machnąć ręką.

        Ech, życie…